Limboski: „Tribute to Georgie Buck”
Nagraliśmy ją w grudniu 2010 roku w małej drewnianej chatce w lesie, którą użyczyli nam Tomek i Dorota. Była ostra zima i na miejscu okazało się, że woda zamarzła i nie ma ogrzewania. Pierwszą noc jakoś przeżyliśmy, następnego dnia zorganizowałem piecyk na butlę gazową i już było dobrze. Krzysiek przyniósł dużą kartę dźwiękową ze swojego studia i pomógł nam się ogarnąć, a także zaglądał co jakiś czas zobaczyć czy jeszcze żyjemy. W pewnym momencie nas zasypało i czekaliśmy 2 dni, aż przyjedzie traktor i nas odkopie. Nie było dokąd pójść więc graliśmy do upadłego w tej chatce. Ta sesja nagraniowa była więc jednocześnie muzyczną przygodą i walką z żywiołem. Codziennie graliśmy różne stare melodie, improwizowaliśmy, a po wypiciu paru szklanek grzanego wina śpiewaliśmy piosenki będące połączeniem work songów i szant. Wiadomo, że czterech facetów zamkniętych w takiej chatce w lesie i pijących dużo wina wytwarza atmosferę ekscytacji, jakiejś męskiej inicjacji i szaleństwa. Dlatego ta płyta płyta tak mi się podoba – ma w sobie tę energię. Poza tym pamiętam nasze brudne twarze i rytualne tańce wokół piecyka w wełnianych czapkach. Wszystkie utwory były oczywiście nagrywane na setkę, w jednym pomieszczeniu. Ostatniego dnia przyjechał do tej głuszy Romek Puchowski. Zagraliśmy Skipa Jamesa, Roberta Johnsona i improwizowaliśmy razem. Pamiętam, że chcieliśmy tylko sprawdzić czy wszystko dobrze brzmi, a po chwili się ocknąłem i okazało się, że gramy pół godziny jeden riff, a wszyscy mają diabła w oczach!
Limboski: „Cafe Brumba”
„(…) jest treściwa - zresztą jak ja się umęczyłem, jak ją robiłem, ileż wspomnień! Spędziłem zimę w Warszawie, wtedy jak drechy cholerne zabiły policjanta na przystanku, to ja jeździłem wkoło na salkę do prób z laptopem i drżałem, że mi się coś stanie w tej Warszawie. Takoż dla przyzwoitości powiedzmy, że jest niezła. Tylko, że ona jest taka jak ja - na początku sprawia złe wrażenie, niestety, ale potem to już tylko ambrozja...” (z wywiadu dla Gazety Wyborczej, 26 stycznia 2011)
Limboski solo: „Farewell Devil”
„To płytka dla fanów, jest niewiele egzemplarzy. Pewnego dnia umówiłem się z Olkiem Wilkiem na jeden dzień nagrań i nagrałem z gitarą parę swoich piosenek i trochę bluesa. To też właściwie jedyna płyta, która krąży gdzieś za granicą - jak grałem na ulicy w Belgii, we Francji, w Berlinie to sprzedałem tych płytek sporo. Teraz prawie zawsze mam ze sobą parę tych płyt na koncertach. Niedługo się skończą. Lubię „Crow Jane” Skipa Jamesa z tej płyty, są też piosenki nagrane później na „Cafe Brumba”, ale w surowej wersji z gitarą. Poza tym bluesy brzmią ładnie, bo Olek ma te vintage'owe lampowe mikrofony, idealne do takich rzeczy.”
Limbo: „Czarny Kolczyk”
„Nagrana z pierwszym składem „Limbo”. Ma swój urok i wiernych słuchaczy. Nagraliśmy ją w dużej mierze „na setkę” Mój głos brzmi bardzo chłopięco. Tak ja to widzę przynajmniej. Wydaje mi się bardzo melodyjna, wręcz ładna. Nie wiem dlaczego nie zwojowała rynku... „Sofi Bolero” to mój ulubiony numer.





